Następna część:
7
Poprzednie części:
1 2 3 4 5
***
- Mamo, wróciliśmy! - zawołała dziewczyna wchodząc wraz z ojcem do domu. Z kuchni od razu wybiegła niska kobieta z krótkimi, rudymi włosami i szerokim uśmiechem na ustach.
- I jak ci poszło? - spytała prosto z mostu.
- Najwyższe noty - oznajmił z dumą Jeremi Clove, zanim Jane zdążyła w ogóle otworzyć usta. Kobieta uśmiechnęła się i przytuliła córkę.
- Wiedziałam, że ci się uda, córciu! Zawsze byłaś bardzo zdolna! Pamiętam jak kiedyś...
- Tak mamo, wiem - westchnęła, ale się uśmiechnęła. Cieszyła się, że może być powodem dumy dla swojej rodziny.
Jane właśnie zakończyła pierwszy rok nauki w Akademii Aurorów im. Alastora Moody'ego. Tradycyjnie na zakończenie zorganizowano sprawdzian w terenie, mający sprawdzić umiejętności uczniów na zakończenie klasy. Zdała go niemal perfekcyjnie. Miała tylko trochę problemów z maskowaniem się, za co odjęli jej kilka punktów. Wiedziała, że musi nad tym poćwiczyć, ale myślała tylko o jednym.
Żeby znaleźć się w jakimś ustronnym miejscu ze swoim chłopakiem.
Po jakimś czasie w końcu weszła do swojego pokoju. Jej wzrok od razu padł na ich wspólne zdjęcie, zrobione minionego roku pod koniec wiosny. Siedzieli razem pod rozłożystym drzewem przy jeziorze uśmiechając się. Uniosła nieco kąciki ust przypominając sobie to piękne popołudnie, które mogli spędzić razem sam na sam, tylko we dwoje. Chwyciła fotografię i odwróciła ją na drugą stronę. Widniał tam napisany złotymi zawijasami wierszyk, który Ereth sam dla niej ułożył.
Myślę o Tobie każdego wieczoru
I każdego poranka, kiedy budzi się świat.
Twój uśmiech jest moim spełnieniem.
I kocham na Ciebie patrzeć
Kiedy odgarniasz włosy z czoła,
I kiedy spacerujesz brzegiem jeziora.
Uwielbiam chwile spędzone z Tobą,
Bo tylko wtedy wiem, że nie marnuję czasu.
Chciałbym móc być przy Tobie w każdej sekundzie Twojego życia.
Kocham sprawiać, że na twej twarzy gości uśmiech.
A kiedy Twoje piękne, zielone oczy błyszczą jak rosa na świeżym liściu,
Moje serce skacze z radości.
Twój głos jest dla mnie jak najpiękniejszy śpiew,
I z niecierpliwością wyczekuję dnia
W którym znów się spotkamy.
Twój na zawsze
Erethilion Night <3
Otarła łzę wzruszenia spływającą po jej policzku i odstawiła przedmiot na miejsce. Usiadła z westchnieniem na łóżku i rozejrzała się. Kochała to miejsce. Te białe ściany, takie same meble z wymalowanymi na nich malutkimi różyczkami w kolorze delikatnego różu, książkami, figurkami i różnymi zdjęciami, zarówno pochodzenia mugolskiego jak i czarodziejskiego. W rogu stała jej ukochana żółta gitara z notesem, samopiszącym piórem i atramentem, a obok łóżka stała szafka nocna i toaletka. Podłoga wyściełana była miękkim, kremowym dywanem z ledwo zauważalnym wzorkiem. O tak, to zdecydowanie było jej miejsce na Ziemi.
- Jane, jesteś tam? - usłyszała znajomy głos dochodzący z tylnej kieszeni jej spodni. Wyjęła stamtąd swoje lusterko dwukierunkowe i zobaczyła w nim ukochaną twarz.
- Oczywiście, że jestem - uśmiechnęła się. - Jak ci poszły RASM-y?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Długo by opowiadać.
- Mam czas.
Ereth zaśmiał się.
- No dobrze. Spotkajmy się w Królestwie Miłości przy City Street 84 za piętnaście minut, okej?
- Okej.
Połączenie zostało przerwane, a Jane zerwała się z łóżka. Nie mogła przecież wystąpić w mugolskiej kawiarence w magicznym stroju testowym.
***
Ereth idealnie dopasował czas, bo równo piętnaście minut później dziewczyna stanęła w drzwiach urządzonej w różowo-brązowo-czerwone kolory, które według niej w ogóle do siebie nie pasowały. Nie przyszła tam jednak aby oceniać wystrój, tylko na spotkanie z pewnym chłopakiem.
Zauważyła go przy oknie. Czytał jakąś książkę. Jane poczuła jak serce zaczyna jej szybciej bić, jak zawsze gdy na niego spojrzała. Podeszła do jego stolika i zasłoniła mu oczy rękami stając za nim.
- Zgadnij kto to! - powiedziała wesoło, specjalnie nieco piszcząc. Ereth dotknął jej dłoni, a ona poczuła jak po całym jej ciele przechodzi dreszczyk.
- Hmm... pomyślmy... Sonia?
- Nie.
- A więc... Sierra! Na pewno jesteś Sierrą!
- I znowu pudło głuptasku! - zaśmiała się, choć dobrze wiedziała, że się z nią przekomarzał. Pochyliła się i nagrodziła go delikatnym całusem w policzek. Ereth uśmiechnął się szeroko i niespodziewanie przycisnął ją do siebie. Jane czuła, jak przechodzi przez nią przyjemny dreszczyk, a serce wali jej jak oszalałe. Uwielbiała takie chwile, ale tym razem nie mogła się jej poddać.
- Nie tutaj, Ereth. Ludzie patrzą - powiedziała cicho. Chłopak niechętnie puścił ją i dał usiąść na krzesło naprzeciwko.
- Napijesz się czegoś? - spytał, ale ona pokręciła głową.
- Po RASM-ach wypiłam jakieś trzy litry wody, więc mam dość do następnych egzaminów.
Erethilion roześmiał się patrząc jej w oczy.
- Za bardzo się tym przejmujesz. Ja podszedłem do tematu na luzie i zdobyłem jedne z najwyższych not. Bodajże drugie miejsce... - rozparł się na krześle chcąc pokazać jak bardzo
na luzie podchodzi do tych spraw. Teraz to jej twarz rozjaśnił uśmiech.
- Tak, tak. Na pewno byłeś aż taki wyluzowany tuż przed egzaminem. Słyszałam, że musiałeś mieć chwilę przerwy między zadaniami, żeby wziąć się w garść.
Ereth zrobił skwaszoną minę.
- Skąd o tym wiesz? - spytał. Wzruszyła beztrosko ramionami.
- Ściany mają uszy, kochanie - powiedziała. - No już, nie rób takiej miny, bo ci zostanie. Chyba nie sądzisz, że cię gdzieś przyjmą z taką skwaszoną twarzyczką, co? - dodała nieco sarkastycznie.
- Powiedz lepiej jak tobie poszło - zaproponował. Jane ponownie wzruszyła ramionami.
- Eee... Nic ciekawego... Dostałam tylko najwyższe noty na egzaminie...
- Jane, gratulacje! - wykrzyknął radośnie. - Jestem z ciebie dumny! zawsze wiedziałem, że daleko zajdziesz z tą swoją wielką mózgownicą!
Jane pacnęła go w ramię, ale nie mogła powstrzymać śmiechu. Czuła na sobie wzrok innych ludzi przebywających w kawiarence, ale ją to nie obchodziło. Liczyła się tylko ta chwila.
***
Kiedy na zegarze wybiła godzina 22:00 oboje wstali z krzeseł, wiedząc, że już czas się zbierać. Zapłacili za zamówione w trakcie rozmowy cappucino i wyszli. Oddalili się na parę metrów opustoszałą już ulicą trzymając się za ręce. Kiedy uznali, że już nikt ich nie zobaczy, zatrzymali się i spojrzeli sobie w oczy. Jane poczuła jak miękną jej kolana. Zawsze to czuła wpatrując się w jego wyjątkowe, szare oczęta, którymi wręcz namieszał jej w głowie.
- A więc do zobaczenia niedługo, kochanie - powiedział, całując ją w czoło. Zadowolona przymknęła oczy, a kiedy je otworzyła jego już nie było. Westchnęła i już chciała się teleportować, kiedy zauważyła wyłaniających się zza rogu czterech wysokich, barczystych mężczyzn w średnim wieku, a nawet nieco młodsi. Zmieszana odwróciła się i skręciła w pierwszą lepszą uliczkę. Przecież nie mogła teleportować się na ich oczach!
Przystanęła i obejrzała się za siebie. Oni nadal za nią szli. Serce zabiło jej nieco szybciej i poczuła dziwny ucisk w żołądku.
Daj spokój, Jane. To jeszcze nic nie znaczy. Po prostu idą w tą stronę, pomyślała. Skręciła w kolejną uliczkę i zobaczyła przed sobą wysoki na kilka metrów mur. Odwróciła się, chcąc odejść, ale coś ją zatrzymało. A konkretnie ktoś
Wszyscy czterej mężczyźni stali za nią.
- Dokąd to, panienko? - odezwał się jeden z nich. Był wysoki i miał długie, wyjątkowo tłuste włosy. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Nie mył ich co najmniej od dwóch lat.
- Donikąd - powiedziała, starając się brzmieć poważnie i opanowanie, ale wyłapała delikatne drżenie w swoim głosie. Zauważyła jak się do niej zbliżają. Cofnęła się nieco, czując strach, który nie pozwalał jej pozbierać myśli.
- Donikąd? - zdziwił się inny. Ten dla odmiany miał krótkie dredy i twarz wyglądającą jak u wyjątkowo łobuzerskiego nastolatka. - Tak całkiem sama?
- Właśnie, całkiem sama? - przytaknął jego niski, nieco grubaśny towarzysz. - Może pozwól, że my się tobą zaopiekujemy?
Mówiąc to wyciągnął rękę i włożył ją w jej rozpuszczone, brązowe włosy. Odepchnęła ją ze wstrętem i cofnęła się jeszcze bardziej, uderzając plecami o zimną ścianę. Strach ścisnął ją za gardło i nie mogła nic powiedzieć.
- Jeśli chcesz, to my się tobą zaopiekujemy - zaproponował ostatni, najwyższy z nich wszystkich, o zimnych, niebieskich oczach, w których tańczyła pewna iskierka, która za nic jej się nie podobała. Miała dziwne wrażenie, że wszyscy czterej dosłownie rozbierają ją wzrokiem. Chciała uciekać, ale po pierwsze - oni zagradzani jej drogę, a po drugie - nie mogła się ruszyć. Czuła kompletny paraliż. Chciała sięgnąć po różdżkę, ale i tak nie mogłaby jej użyć. Na pierwszy rzut oka widać, że to byli mugole, a nie wolno było używać czarów w obecności mugola, a już na pewno nie na nim samym.
Po chwili poczuła silne uderzenie w głowę.
Ereth, pomóż mi! pomyślała w rozpaczy, upadając bezwładnie na ziemię i tracąc przytomność.
Akurat niedawno przeczytałam wszystkie poprzednie części. Ale tak jak pisałam w komentarzu - uznałam, że to koniec ich romantycznego związku, skoro przez tak długi czas niczego nie dodawałaś. Jednak się myliłam.
Widać zdecydowany postęp, jeśli porównać ten tekst z pozostałymi. Czytając tamte rozdziały, zastanawiałam się, czy to na pewno Ty jesteś autorką (bo W zamkniętym świecie stylistycznie, technicznie, ogólnie warsztatowo bije na głowę) Więc ten rozdział tak czy siak nie jest zły, choć, jak dla mnie, nadal zbyt przesłodzony. Końcówka trochę uratowała całość - wplotłaś jakiś nową wątek poza ich miłością. Mam nadzieję, że teraz nie trzeba będzie czekać kilku miesięcy, aby przeczytać kontynuację. Powodzenia.